Kiedy córka się rozwiodła, zaprosiłam ją z wnuczką do siebie. Rok później dowiedziałam się, że opowiada ludziom, że się mną opiekuje, bo sama sobie nie daję rady.
Usłyszałam to od Krysi z parteru, która powiedziała to mimochodem, przy suszarce na podwórku. „Dorota, ty się nie przejmuj, my wiemy, że Renata bardzo ci pomaga. Dobrze, że masz taką córkę." Stałam z mokrym prześcieradłem w rękach i nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Krysia patrzyła na mnie z takim współczuciem, jakby widziała kogoś na wózku inwalidzkim.
Pomaga mi. Tak to sobie ludzie poukładali. A ja - sześćdziesiąt trzy lata, zdrowa jak koń, trzydzieści lat stażu w księgowości w Elektrowni Bełchatów, emerytura przyzwoita, mieszkanie własne, spłacone jeszcze za życia Janka. Sama sobie nie daję rady.
Wróciłam na górę i usiadłam w kuchni. Renata była w pracy, Zuzia w przedszkolu. Cisza. Tylko zegar nad lodówką tykał i kapał kran, który naprawiłam sama miesiąc temu, bo Renata powiedziała, że nie ma czasu dzwonić do hydraulika.
Zaczęłam odtwarzać w głowie ostatni rok. Każdy dzień, każdy tydzień. Szukałam momentu, w którym z matki, która otworzyła drzwi własnego domu dla córki w potrzebie, stałam się bezradną staruszką na utrzymaniu.
Renata przyjechała w czerwcu zeszłego roku. Tomek - jej były mąż - zostawił ją dla koleżanki z pracy. Klasyka. Renata miała trzydzieści osiem lat, córkę, dwa walizki i oczy jak po trzech nocach bez snu. Stała w drzwiach, a ja ją przytuliłam i powiedziałam: „Twój pokój jest gotowy, pościel świeża, rosół na kuchence." Nie pytałam o szczegóły. Wiedziałam, że przyjdą same.
Zuzia miała wtedy cztery lata. Przestraszona, milcząca, z misiem przyciśniętym do piersi. Przygotowałam jej kącik w dawnym pokoju Renaty - ten sam, w którym córka dorastała, uczyła się do matury, kłóciła ze mną o długość spódnic. Wyciągnęłam z piwnicy stare zabawki, kupiłam nowy komplet pościeli z kotkami. Zuzia pierwszej nocy płakała, ale trzeciej już wołała „babciu, babciu" i ciągnęła mnie za rękę do parku.
Układało się. Tak mi się przynajmniej wydawało. Renata znalazła pracę w biurze nieruchomości w centrum Bełchatowa. Wstawała wcześnie, wracała późno. Zuzią zajmowałam się ja - obiady, spacery, czytanie bajek, odprowadzanie do przedszkola. Robiłam zakupy, prałam, sprzątałam. Renata w weekendy czasem gotowała, częściej zamawiała pizzę. Dawałam jej czas. Myślałam - musi się pozbierać. Niech oddycha.
Pieniądze na mieszkanie dawałam ja. Rachunki za prąd, gaz, wodę - moje. Renata płaciła za swój telefon i Zuzi ubranka. Raz zaproponowała, że dołoży do jedzenia. „Mamo, weź te trzysta złotych." Wzięłam, żeby jej nie urazić. Ale te trzysta złotych to była może jedna trzecia tego, co wydawałam na jedzenie dla nas trzech. Zuzia rosła jak na drożdżach i jadła za dwóch dorosłych.
Nie narzekałam. Naprawdę. Bo to moja córka i moja wnuczka, i ten dom jest wystarczająco duży, i mam dość pieniędzy, żeby nam nie brakowało na sernik z okazji niedzieli. Ale nigdy - przenigdy - nie czułam się bezradna. Nie prosiłam o pomoc. To ja ją zaoferowałam.
Tego dnia, po rozmowie z Krysią, postanowiłam delikatnie zbadać teren. Zadzwoniłam do siostry, Haliny, w Radomsku. Zagaiłam o zdrowie, o pogodę, o jej kota. A potem, jakby nigdy nic: „Halinka, a co u ciebie słychać, bo ja tu z Renatą i Zuzią siedzę, wiesz, pomagam im się postawić na nogi..."
Cisza w słuchawce. A potem Halina powiedziała cicho: „Dorotka, a Renata mi mówiła, że to ona ci pomaga. Że masz problemy z pamięcią. Że zapominasz garnki na gazie."
Garnki na gazie.
Odłożyłam słuchawkę i podeszłam do okna. Patrzyłam na podwórko, na suszarkę, na bloki naprzeciwko, na tę samą lipę, pod którą Janek prosił mnie o rękę trzydzieści osiem lat temu. Ręce mi się trzęsły. Nie ze starości. Ze złości.
Zaczęłam się zastanawiać - komu jeszcze to powiedziała? Koleżankom z pracy? Tomkowi? Matce Tomka, tej wrednej Bożenie, która zawsze uważała, że Renata wyszła za mąż poniżej stanu? Co dokładnie mówi? Że mama traci głowę? Że mama jest niesamodzielna? Że biedna Renata poświęca się, zamiast żyć własnym życiem?
Wieczorem Renata wróciła z pracy. Rzuciła torebkę na fotel, kopnęła buty pod szafkę. „Mamo, jest kolacja?" Stałam przy kuchence, smażyłam naleśniki z serem dla Zuzi. Normalny wieczór. Normalny dom. Normalny zapach masła na patelni.
- Renata, usiądź - powiedziałam spokojnie. - Muszę cię o coś zapytać.
Usiadła. Patrzyła na telefon.
- Rozmawiałam dziś z ciocią Haliną. I z Krysią z parteru. I obie mi powiedziały ciekawą rzecz. Że ty się mną opiekujesz, bo sama sobie nie daję rady.
Zobaczyłam, jak jej kciuk zatrzymuje się nad ekranem. Podniosła wzrok. W oczach miała coś, czego nie spodziewałam się zobaczyć - nie wstyd, nie przerażenie. Irytację.
- Mamo, no bo jak to wygląda? - Odłożyła telefon. - Mam trzydzieści osiem lat i mieszkam z mamą. Ludzie pytają, dlaczego. Co mam im mówić? Że jestem po rozwodzie i nie stać mnie na wynajem? Że mama mnie utrzymuje?
- Więc wolisz mówić, że twoja matka traci pamięć?
- Nie mówię, że tracisz pamięć!
- Halina twierdzi inaczej. Garnki na gazie, Renata.
Cisza. Zuzia w pokoju obok oglądała bajkę, słychać było śpiew jakiegoś animowanego smoka. Renata pocierała kciukiem blat stołu, tego samego stołu, przy którym odrabiała lekcje dwadzieścia pięć lat temu.
- Może trochę przesadziłam - powiedziała w końcu. - Ale ludzie i tak gadają. Przynajmniej tak mam spokój. Nikt nie patrzy na mnie jak na życiową nieudaczniczkę.
Stałam z łopatką w ręce i naleśnik przypalał się na patelni. Zdjęłam go mechanicznie. Położyłam na talerzu. Potem powiedziałam coś, czego sama się po sobie nie spodziewałam.
- Rozumiem, że ci wstyd. Ale ja nie będę twoim alibi, Renata. Nie w ten sposób.
Renata wstała, zabrała talerz z naleśnikiem i poszła do pokoju Zuzi. Słyszałam, jak mówi: „Zuziu, jedz, babcia zrobiła naleśniki." Babcia zrobiła. Nie mama. Babcia.
Minął tydzień. Renata zachowywała się normalnie - jakby tamta rozmowa nie miała miejsca. Dalej wracała późno, dalej zostawiała buty pod szafką, dalej pytała „jest kolacja?". Nie przeprosiła. Nie sprostowała u Haliny. Nie powiedziała Krysi z parteru prawdy.
A ja leżałam nocami i myślałam. O tym, że otworzyłam dla niej drzwi, bo tak robi matka. Że gotowałam, prałam, wstawałam do Zuzi w nocy, kiedy dziecko miało gorączkę - bo tak robi matka. I że w zamian moja córka zrobiła ze mnie postać, którą łatwiej jej sprzedać światu. Biedną, zdezorientowaną staruszkę, nad którą trzeba czuwać.
Wczoraj wyciągnęłam z szuflady kartkę i długopis. Napisałam dwa zdania: że od pierwszego lipca czynsz dzielimy na pół. I że daje jej trzy miesiące na znalezienie własnego mieszkania.
Kartka leży na lodówce, przytrzymana magnesem z Kołobrzegu, z naszych ostatnich wspólnych wakacji, kiedy Zuzia miała dwa lata i Tomek jeszcze był. Renata jeszcze jej nie widziała. Wraca o siódmej.
Jest wpół do szóstej. Siedzę w kuchni, piję herbatę z cytryną i patrzę na tę kartkę. I nie wiem, czy jestem matką, która w końcu stawia granicę - czy matką, która właśnie traci córkę.