Od śmierci męża prawie nie wychodziłam z domu. Listonosz, pan Heniek, codziennie pytał, jak się miewam, choć rzadko miał dla mnie listy. Wczoraj wręczył mi jedną kopertę - bilecik jego ręką: „Sąsiadka mówi, że pięknie pani kiedyś śpiewała w chórze. Może wpadnie pani na kawę i opowie?"
Stałam w przedpokoju z tą karteczką w dłoni chyba z dziesięć minut. Pachniała lekko tytoniem - pan Heniek palił cienkie papierosy, te z zielonym filtrem, widziałam go nieraz przez okno, jak gasił niedopałek o krawężnik przed wejściem na klatkę. Pismo drobne, pochyłe, litery ciasno przy sobie, jakby się wstydziły zajmować za dużo miejsca. Przeczytałam raz, drugi, trzeci. I dopiero za czwartym razem poczułam, że coś mnie ściska w gardle. Nie ze smutku. Z czegoś innego, czego nie umiałam nazwać.
Zbyszek odszedł osiemnaście miesięcy temu. Rak trzustki, trzy miesiące od diagnozy do końca. Lekarze mówili, że to szybko, jakby szybkość miała być pocieszeniem. Czterdzieści lat razem - od wesela w remizie OSP w Kłodzku, przez przeprowadzkę do Wrocławia, narodziny Kasi i Bartka, remont mieszkania na Gaju, które nigdy nie zostało wykończone do końca, bo zawsze było coś pilniejszego. Zbyszek był elektrykiem. Miał ręce jak łopaty i głos jak z beczki, a kiedy śpiewał przy goleniu - zawsze to samo, „Hej, sokoły" - sąsiadka z dołu, pani Władzia, pukała miotłą w sufit.
Po pogrzebie Kasia chciała mnie zabrać do siebie, do Poznania. Bartek dzwonił co niedzielę i mówił: „Mamo, może sanatorium? Cieplice, Kudowa, cokolwiek." Odmawiałam. Nie dlatego, że byłam silna. Dlatego, że wstanie z fotela i wyjście dalej niż do Biedronki na rogu wymagało wysiłku, na który nie było mnie stać. Zamknęłam się w trzech pokojach pełnych Zbyszka - jego kurtka na wieszaku, jego kapcie pod kanapą, kubek z napisem „Najlepszy Dziadek" na suszarce. Córka raz powiedziała przez telefon: „Mamo, ty tam nie mieszkasz. Ty tam czekasz." Nie zaprzeczyłam.
Pan Heniek pojawiał się codziennie koło jedenastej. Słyszałam, jak otwiera skrzynkę na dole, potem kroki na schodach - drugie piętro, nasz blok nie miał windy. Dzwonek. Zawsze ten sam rytuał: „Dzień dobry, pani Grażyno, jak zdrówko?" Odpowiadałam: „Dziękuję, dobrze." On kiwał głową, zostawiał reklamę albo rachunek za prąd i szedł dalej. Czasem dodawał: „Ładna pogoda dzisiaj" albo „Kaczeńce już kwitną pod blokiem." Drobnostki. Ale to były jedyne zdania, które ktoś do mnie kierował twarzą w twarz, a nie przez słuchawkę.
Wiedziałam o nim niewiele. Że jest po pięćdziesiątce, może koło sześćdziesięciu. Że chodzi z lekkim utykaniem na lewą nogę. Że nosi tę samą granatową kurtkę z odblaskiem, nawet kiedy jest ciepło. Raz, w grudniu, przyszedł z czerwonym nosem i kaszlem, a ja dałam mu z automatu herbatę z cytryną i miodem, bo tak robiłam przez czterdzieści lat, kiedy ktokolwiek stanął w moich drzwiach. Wypił na stojąco w przedpokoju, podziękował i powiedział: „Pani Grażyno, pani robi najlepszą herbatę na tym osiedlu." Uśmiechnęłam się. To był chyba pierwszy raz od pogrzebu, kiedy się uśmiechnęłam i nie udawałam.
A potem ta karteczka.
Chór. Boże, to było tak dawno. Chór parafialny przy kościele Świętej Jadwigi, dyrygentka pani Lucyna z lokami jak Violetta Villas, próby w czwartki o osiemnastej, koncerty na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Śpiewałam alt. Zbyszek chodził na każdy występ, siadał w trzeciej ławce od ołtarza i wyglądał, jakby go to nudziło śmiertelnie, ale potem w domu mówił: „Graża, to było ładne, naprawdę ładne." Odeszłam z chóru, kiedy zachorował. Pani Lucyna dzwoniła jeszcze ze dwa razy po pogrzebie, ale ja nie odbierałam.
Skąd pan Heniek wiedział? Sąsiadka, napisał. Pani Władzia z dołu? Ta sama, która pukała miotłą? A może pani Marysia z parteru, która kiedyś chodziła na te same próby? Nie byłam pewna. Bardziej nie byłam pewna, co z tym zrobić.
Wieczorem zadzwoniła Kasia. Opowiedziałam jej. Cisza w słuchawce, a potem: „Mamo, idź."
„Kasia, ja go prawie nie znam."
„I co z tego? Zna cię na tyle, żeby napisać bilecik."
„Ludzie będą gadać."
„Mamo, masz sześćdziesiąt trzy lata, nie szesnaście. Jakie gadanie? Kawa to kawa."
Bartek, kiedy mu powiedziałam w niedzielę, zareagował inaczej. Nie powiedział „nie idź". Powiedział: „Uważaj na siebie, mamo." W jego głosie było coś twardego, ochronnego. Jakby się bał, że ktoś zajmie miejsce jego ojca. Albo że ja na to pozwolę.
Przez dwa dni chodziłam po mieszkaniu i rozmawiałam sama ze sobą. Otworzyłam szafę, wyjęłam granatową sukienkę, którą ostatnio miałam na komunii wnuczki, przymierzyłam, zdjęłam, schowałam. Wyjęłam spódnicę i jasny sweter. Też schowałam. Potem stałam przed lustrem w łazience i patrzyłam na siebie - zmarszczki, które pogłębiły się przez ostatni rok, siwe włosy ścięte na krótko, bo nie było dla kogo dbać o fryzurę. Pomyślałam: czy ja w ogóle jeszcze umiem rozmawiać z kimś obcym o czymś innym niż Zbyszek?
Trzeciego dnia rano, koło jedenastej, usłyszałam dzwonek. Otworzyłam. Pan Heniek stał z jedną kopertą - rachunek za gaz, poznałam po logo. Podał mi ją i powiedział: „Dzień dobry, pani Grażyno. Jak zdrówko?"
Wzięłam rachunek. Serce mi waliło, co było absurdalne - sześćdziesiąt trzy lata i trzęsę się jak przed pierwszą randką, choć to żadna randka. Powiedziałam: „Panie Henryku, dostałam pana bilecik."
Patrzył na mnie spokojnie. Nie uśmiechał się, nie tłumaczył. Czekał.
„To miłe, że pan napisał" - dodałam. Głupio, sztywno, jak z podręcznika do grzeczności.
Kiwnął głową. „Wie pani, moja żona też śpiewała. W Opolu, w zespole przy domu kultury. Dawno temu." Zawahał się. „Już jej nie ma."
Staliśmy w drzwiach. Na klatce pachniało środkiem do mycia podłóg i czyjąś zupą. Z dołu dochodził odgłos trzaskania drzwi od piwnicy. Spojrzałam na jego twarz - zmęczoną, zwyczajną, z bruzdami wokół ust - i pomyślałam, że ten człowiek codziennie wchodzi po schodach na drugie piętro z jedną reklamą, żeby przez dziesięć sekund zamienić ze mną słowo. Od osiemnastu miesięcy. Przy każdej pogodzie.
„Kawę piję czarną, bez cukru" - powiedziałam. Sama nie wiem, skąd mi się to wzięło.
Uśmiechnął się. Pierwszy raz widziałam, jak się uśmiecha - nie grzecznościowo, nie zawodowo. Naprawdę. „Jutro mam wolne po południu" - powiedział. „O trzeciej pasuje?"
Skinęłam głową. Zamknęłam drzwi. Oparłam się o nie plecami i stałam tak, z rachunkiem za gaz w jednej ręce, a drugą przyciśniętą do piersi, jakbym chciała uspokoić coś, co nie słuchało rozumu.
Na parapecie w kuchni stał kubek Zbyszka. „Najlepszy Dziadek." Wzięłam go, obróciłam w dłoniach. Potem odstawiłam z powrotem, dokładnie w to samo miejsce.
Jest wpół do dziesiątej wieczorem. Jutro o trzeciej ktoś zapuka do moich drzwi. Albo ja zapukam do czyichś. Nie wiem jeszcze, co na siebie włożę. Nie wiem, o czym będziemy rozmawiać. Nie wiem, czy potrafię zaśpiewać choćby jedną frazę, nie rozpłakawszy się. Wiem tylko, że od osiemnastu miesięcy pierwszy raz nastawiłam budzik, żeby zdążyć coś upiec na jutro. Sernik. Zbyszek nie lubił sernika. Pan Heniek - nie mam pojęcia.